Bp Barron: „Imagine” Lennona to jedna z najgorszych piosenek wszechczasów

„Podczas ceremonii otwarcia Olimpiady w Tokio zabrzmiała jedna z najgorszych piosenek pop wszechczasów: Mówię o «Imagine» Johna Lennona, śpiewanej przez duży chór dziecięcy i całą masę gwiazd” – napisał w felietonie dla New York Post bp Robert Barron.


Nie chodzi bynajmniej o to, że biskupowi nie podoba się ogólnie twórczość Beatlesów czy w szczególności Lennona – wręcz przeciwnie, uważa się za ich wielbiciela. Nie chodzi również o stronę muzyczną utworu. Problemem jest tekst, który „jest zaproszeniem do moralnego i politycznego chaosu”.

Już słowa pierwszego wersu budzą zdziwienie: „Wyobraź sobie, że nie ma niebios / To łatwe, jeśli się postarasz / Pod nami nie ma piekła, nad nami tylko niebo / Wyobraź sobie, że wszyscy ludzie żyją tylko dniem dzisiejszym”.

Jak zauważa bp Barron, trudno wyobrazić sobie coś gorszego: „powiedzieć, że nie ma nieba ani piekła, to powiedzieć, że nie ma absolutnego kryterium dobra i zła - nie ma sposobu, by sensownie określić różnicę między dobrem a złem, nie ma standardu poza subiektywnością”. Nie jest to tylko teoria, wystarczy popatrzeć na historię ostatniego stulecia – jakie były skutki zaprzeczenia obiektywnych standardów moralnych. Dziesiątki milionów ofiar ateistycznych reżimów mówią same za siebie.

A co z „życiem dniem dzisiejszym”? Świat, w którym wszyscy żyjemy tylko „tym, co jest teraz”, byłby utopią, być może piękną w teorii, ale jak wszystkie utopie – niemożliwą. Próby realizacji nieba na ziemi zawsze kończyły się niepowodzeniem. Gdy sądzimy, że uda nam się osiągnąć raj na Ziemi, „jak czyniło wielu rewolucjonistów i marzycieli z ostatnich 200 lat - wtedy w rzeczywistości tworzymy coś znacznie bardziej przypominającego piekło na Ziemi”.

Dalej jest jeszcze gorzej: „Wyobraź sobie, że nie ma krajów / To łatwe, jeśli się postarasz / Nie ma za co zabijać ani umierać / Nie ma też religii”. To znów utopijne marzenia, co gorsza – oparte na całkowicie fałszywym mniemaniu, że religia jest źródłem agresji.

Jak podkreśla autor felietonu, marzenia o społeczeństwie bez narodów to marzenia „o wymazaniu ludzkiej odmienności. Nie ma nic złego w istnieniu odrębnych państw, a czasem trzeba walczyć i umierać za swój kraj, gdy jest niesprawiedliwie zagrożony. Obrona tej ludzkiej rzeczywistości nie jest poddawaniem się bezmyślnemu nacjonalizmowi”.

„Marzenie o pozbyciu się religii jest jeszcze gorsze. Wśród sekularystów od co najmniej trzech stuleci panuje przekonanie, że religia leży u podstaw większości naszych konfliktów. Jednak obiektywne badania wykazują, że około 6 procent wszystkich wojen, na które mamy dowody, zostało wywołanych głównie przez religię. O wiele bardziej zabójcze okazały się nacjonalizm, rywalizacja ekonomiczna, spory plemienne, konflikty kolonialne i - a może przede wszystkim - ideologie ateistyczne”.

Zabawne może się wydawać, gdy medialni posiadacze fortun śpiewają „Wyobraź sobie brak własności / Zastanawiam się, czy dasz radę / Nie ma potrzeby chciwości ani głodu / Braterstwo ludzi”. Biskup z pewną dozą sarkazmu pisze, że możemy się zastanowić nad rezygnacją z własności, gdy medialne gwiazdy i potentaci dadzą dobry przykład i wyrzekną się wszystkiego, co posiadają. Mówiąc poważniej, „problemem nie jest posiadanie rzeczy samo w sobie; jest nim brak moralnej wizji, by podporządkować to, co się posiada, wspólnemu dobru”.

Na koniec wreszcie – czym jest „braterstwo ludzi”? Jest to coś, o czym wolno marzyć. Trzeba jednak dostrzec logiczny fakt, że autentyczne braterstwo ludzkości nie ma podstaw, jeśli nie ma wspólnego Ojca. Prawdziwe braterstwo wynika więc z naszego wspólnego źródła – które, jako ludzie stworzeni na obraz Boga mamy w naszym Ojcu w niebie. Gdy zanegujemy religię i Boga, marzenia o braterstwie stają się fikcją.

Bp Barron podsumowuje: „cieszcie się melodią «Imagine», ale proszę, nie kierujcie się tekstem”.

Robert Barron jest biskupem pomocniczym Los Angeles.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama